sobota, 29 października 2011

Dziady

Zbliża się czas szczególny w rocznym cyklu obrzędowym. Zbliża się bowiem czas Dziadów. O zagadnieniu dziadów pisałem już wcześniej w rozdziale Dziady a dziadowie nasi, więc nie będę powtarzał już niektórych – skądinąd bardzo ciekawych – kwestii tam poruszonych.

Zdjęcie z inscenizacji Dziadów Mickiewicza w reż. K. Dejmka w 1968 r.
zdjęcie pobrane ze strony www.tvp.info

Czemu święto przodków jest tak ważne? Mam wrażenie, że nie jest to nawet związane z daną religią, co w ogóle z umysłowością człowieka. Niektórzy antropolodzy uważają, że już człowiek neandertalski czcił swych zmarłych poprzez odpowiednie praktyki pogrzebowe. Na pewno jednak człowiek współczesny, niezależnie od czasu historycznego i miejsca geograficznego, próbuje poradzić sobie z perspektywą śmierci poprzez rytualizację (zob. wpis Śmierć). Część psychoanalityków, szczególnie tych z tzw. szkoły kleinowskiej, uważa, że przezwyciężenie pierwotnych lęków przed anihilacją i poradzenie sobie z faktem odseparowania od matki, to kluczowe czynniki wyznaczające kim człowiek w ogóle jest. Odwołuję się do tego przekonania, ponieważ mówi ono o tym, że niezależnie w jakim miejscu życia się człowiek znajduje, mogą aktywizować mu się archaiczne struktury i procesy umysłowe związane z lękiem przed śmiercią i lękiem przed światem zewnętrznym. Potrzebny jest tu tylko czynnik spustowy. Pewnie dlatego w  kulturze wykształciły się liczne obrzędowe mechanizmy związane z ujarzmianiem śmierci. Jednym z nich jest czczenie pamięci o przodkach. Jeżeli przodkowie mają specjalne miejsce dla siebie u żyjących i odpowiedni czas, by mogli przyjść na nowo – wówczas daje się opanować niepokojące wyobrażenia o tym, co nadejdzie, o tym, co spotkało już innych. Takim obrzędem, pozwalającym zbliżyć się umarłym w bezpieczny sposób, są u Słowian Dziady.

Leszek Kolankiewicz w swojej książce Dziady pisze następująco:

Słowo prasłowiańskie *dĕdъ jest bardzo stare… Historycznie kontynuuje tego samego typu praindoeuropejskie *dhēdhē oznaczające starszych członków rodu. Jego dokładnym odpowiednikiem jest łotewskie dèds, ‘stary człowiek’; można je też porównać z litewskim dede/dedis, ‘wuj, stryj, starsza osoba’. Z greckim thèthe, ‘babka’, thethís ‘ciotka’, z dialektycznym niemieckim deite/teite, szwajcarskim däddi, ‘ojciec, starzec’ z tureckim dädä ‘dziadek, ojczulek’. W języku prasłowiańskim *dĕdъ oznaczał starego człowieka zajmującego honorowe miejsce w rodzinie, przede wszystkim dziadka, może też stryja czy wuja (ojca lub matki) i może jeszcze teścia, stąd używany był jako tytuł grzecznościowy w ogóle wobec starszych członków rodu.” (1)

Dalej Kolankiewicz wymienia liczne znaczenia słowa dziad w językach słowiańskich. Płaszczyzna znaczeniowa tego słowa rozpościera się między sensami: umarli, przodkowie, osoby stare, żebracy, domowe duszki. Tak jest właściwie we wszystkich językach słowiańskich. Warto jeszcze przywołać polskie słowa dziadki, dziatwa na określenie dzieci. Zarówno dzieci, jak starcy, to istoty w fazie przejścia: pomiędzy tamtym a tym światem! Albo ledwo co się pojawiły i niezbyt pewnie na nim się jeszcze trzymają, albo schodzą już w dolinę cienia (uwagę na to zwrócił Piotr Grochowski w swojej książce, por 2).

Dziadowie to zatem umarli, którzy przybywają w różnych porach roku by pożywić się z żywymi. Dziady to święto i okazja do skonfrontowania się z przodkami; albo mówiąc językiem psychologii – jest to okazja do konfrontowania się z wewnętrznymi obrazami tego, co odeszło; w pierwszym rzędzie: ludzi. Przodkowie - duchowie dość często pojawiali się w roku obrzędowym: w okresie przesilenia zimowego i Godów, w okresie wiosennym i właśnie jesienią, kiedy odbywały się Dziady właściwe. W obrzędach, które powiązane były z powrotem zmarłych, szczególnie w okresie Godów, a też wiosną (w etnografii w okresie wielkanocnym) pojawiali się często przebierańcy – dziady właśnie, albo też zwierzęta, jak Turoń, czy koziołek. 

Turoń - Muzeum etnograficzne w Krakowie, fot. autora.

Niektórzy sugerują, że tam gdzie pojawia się maska, chodzi o zmarłych (zob. Świat na opak). Postacie Turonia i koziołka być może odnoszą się do kultu bydlęcego boga, jakim był Weles/Wołos. Boga tego utożsamia się również z panem świata zmarłych, z pasterzem dusz. Być może jest on znany pod inną nazwą, jako Trygław/Trzygłów, albo Nyja/Nija. Choć ostatni teonim wzbudzał dotychczas największe dyskusje w kwestii jego autentyczności, wiąże się go również językowo ze śmiercią. Andrzej Kempiński pisze na ten temat:

… łączy się ze staropolskim nyć ‘niknąć, umierać’, ale zob. też prasłowiańskie *navь – nieboszczyk, świat zmarłych’ ”(3)

Koziołek, Muzeum etnograficzne w Krakowie, fot. autora


Z perspektywy wierzeń słowiańskich zmarli byli jednak obecni cały czas w życiu. Wiąże się to właśnie ze znaczeniem słowa dziad, odnoszącym się do domowych duchów, opiekunów domu. Co do tego akurat istnieją również dane historyczne. Kronikarze podkreślali, że pogańscy Słowianie trzymali w domach figurki przedstawiające przodków. Andrzej Szyjewski zauważa, że domowego ducha u Serbów łużyckich zwano plonkiem, płonkiem lub lutkiem (4). Nazwę lutek, łączy ze słowem łątka, tzn. lalka. Podobnie łączy nazwę ptaka lelka właśnie z duszami zmarłych (lelek - łątka, lalka). Swoją drogą, na co zwracał uwagę już Moszyński, powszechne w folklorze Słowian jest wyobrażanie sobie dusz pod postacią różnych gatunków ptaków. Dusze właśnie jako ptaki zlatują! Stąd wydaje się, że figurki, lalki, jakie po domach trzymano, to wyobrażenia dziadów – przodków i duchów domowych zarazem! Ciekawe, że w folklorze ukraińskim były dość powszechne właśnie szmaciane i słomiane lalki.

Słomiana lalka, Muzeum etnograficzne w Krakowie, fot. autora

Słomiana lalka z Ukrainy, ze zbioru autora.


Na temat związku dziadów – przodków, z duchami domowymi Szyjewski pisze następująco:

Wiemy, że jedna z ruskich nazw domowych ded, didko pokrywa się z określeniem przodków (dziady), wiemy też, że uniwersalną formą przechodzenia ze stanu zmarłego do stanu przodka była miniaturyzacja i zwielokrotnienie, utrata związanej z imieniem tożsamości i przejście do kategorii ogólnej… Gieysztor stwierdza, że o ile pozostałym duchom przypisywano pochodzenie od dusz ludzi zmarłych w sytuacji anormalnej, mediacyjnej, to w duchy domowe przekształcały się dusze zmarłych zgodnie z porządkiem społecznym.” (5)

Oznacza to, że powrótu zmarłych jako duchów wrogich – wąpierzy, upirów, wilkołaków, spodziewać się należy jeśli umarli oni śmiercią nagłą, lub obarczeni byli jakimś przewinieniem za życia itp. Te dusze nie mogą odejść do Wyraju / Nawi. Swoją drogą intuicję tę świetnie oddał Mickiewicz w swoich Dziadach – każda z postaci przybywająca na obrzęd niesie ze sobą pewne obciążenie.

Figurki kultowe (?) Muzeum archeologiczne na Wolinie, fot. autora.


Można znowu się tu odwołać do psychologii, albo psychoanalizy właściwie. Wyobrażenia wcześniej opisane można potraktować jako projekcje wewnętrznych obiektów w rzeczywistość zewnętrzną. Kto umiera „normalnie”, a jego życie było godziwe – z nim łatwo się pożegnać, przeżyć po nim żałobę, poczuć pamięć o nim jako wspierającą i budującą (to duchy domowe).  Z innymi trudniej się pożegnać. Jeżeli ktoś odszedł nagle, albo za życia czynił wiele złego, pamięć o nim pozostaje, a żałobę trudno przeżyć – i taka osoba nawiedza pamięć, sny, codzienną świadomość (wrogie demony). Wydaje się, że ta podwójność w traktowaniu zmarłych jako wspierających albo obarczających codzienną egzystencję, jest dość łatwo wytłumaczalna w kategoriach psychologii kleinowskiej!


Kolędnik - Turoń, fot. z wystawy w Muzeum etnograficznym w Krakowie.


Literatura cytowana:

  1. Kolankiewicz, L. (1999) Dziady. Słowo/obraz terytorium. Warszawa, s. 257.
  2. Grochowski, P. (2009) Dziady. Rzecz o wędrownych żebrakach i pieśniach. Wyd. Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń.
  3. Kempiński, A. M. (2001) Encyklopedia mitologii ludów indoeuropejskich. hasło NYJA, ISKRY, Warszawa, s. 318.
  4. Szyjewski, A. (2003) Religia Słowian. Wydawnictwo WAM, Kraków, s.188.
  5. ibidem, ss. 189 – 190.

7 komentarzy:

  1. U nas na wsi w ociupinkę dawniejszych czasach, kozioł, taki jak na zdjęciach chodził po wsi przy kolędowaniu - sama z takim chodziłam :) i nigdy nie widziałam i nie słyszałam, żeby był używany w innych okolicznościach :)
    A swoją drogą o różnych Posejdonach i takich mu podobnych to się w szkole dzieci uczą a o Welesie, ileż bardziej nam bliskim, nigdy jeszcze nie słyszałam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak! Podobnie jak się omawia mitologię wg Parandowskiego i czyta mały fragment "Iliady"; a o "Słowie i wyprawie Igora" to nikt już w szkole nie słyszał! Przynajmniej o Anonimie Gallu trochę się mówi - ale chyba raczej w taki sposób, że odstrasza młodzież. Pamiętam jak w jednym z filmów Woody Allen naigrywa się z "Beowulfa", którego czyta się podczas studiowania literatury angielskiej - no tak, bo trzeba jakoś opakować mitologię - np. po tolkienowsku, żeby uczynić ją atrakcyjną! Swoją drogą właśnie Tolkien uwielbiał "Beowulfa" :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyli trzeba się zabrać za pisanie okołotolkienowskiej opowieści ze stworami i bohaterami zaczerpniętymi z naszych wierzeń! Sukces murowany, tylko kupony potem wystarczy odcinać :))) a może nawet film nakręcą :DDDDDD z cyklu fantastyka rodzima :))))
    Chociaż mamy polską namiastkę, tyle, że bardziej prawdziwą - Kraszewski :))))))) wiele pisał o gusłach :))) Ale cóż zdaje się, że trochę przynudzał piórem, bo niewielu moich znajomych go czytało. Ja sama zresztą też nie za wiele :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Odnośnie bogów lechickich czyli Trzygłowa i Nyi.

    W przypadku tego pierwszego mamy do dziś w Tychowie poświęcony mu głaz "Trygław". Co bardzo istotne obecnie widnieje na nim dodana inskrypcja z napomnieniem, iż to Jezus prowadzi dusze zmarłych do zaświatów (!) Na tym nie koniec. Raz do roku na głazie Trygław odprawia jest msza, w jakim terminie? Oczywiście 1 listopada. Sprawa jest więc jednoznaczna. Mamy tu także wążną wskazówkę rekonstrukcyjną.

    Nyja to nie tylko źródła staropolskie i współczesna badania etymologiczne. Nawet hiperkrytyczny Brukner oraz Roszko zgodnie podają zapisane przez etnografów zaklęcie czy też porzekadło wielkopolskie "pójdziesz ty do Nyje", a także "bydlić (przebywać) w Nyji". Idąc śladem Niedzielskiego, który wskazuje na jego możliwe związki ze słowiańską łaźnią (jeszcze własne spostrzeżenie: białoruski Ban-nyj? Czort) odkrywamy dość zaskakujące potwierdzenie sugestii Długosza mówiącej, że imię Nyja jest tożsame z samym zaświatem (tu Pluton = Hades?). W legendach podkarpackich zapisanych przez Andrzeja Potockiego - wężowe królestwo zaświatów określa się tam wprost mianem… Bani:

    "W Lisowie, tym przy drodze z Jasła do Biecza, był kiedyś ogród warowny na górze zwanej przez jednych Zamczyskiem, a przez innych B a n i ą , nad potokiem uchodzącym do rzeki Ropy. Po tym grodzie, a może i zamku zniszczonym podobno przez Tatarów, zostało niewiele śladów, w zasadzie nic prócz rozległego dziedzińca, zwanego przez miejscowych Rynkiem. Otóż w jednym miejscu od zachodniej strony, na skraju tego Rynku była ogromna dziura, niby loch prowadzący w głąb ziemi, może do jakich korytarzy tajemnych, gdzie skarby chowano albo złoczyńców trzymano, a może nawet obrońcy mogli tam się ukryć i z zamczyska wyjść daleko w lesie, w razie oblężenia przez nieprzyjaciół […] Kiedy tak wrzucano te kamienie, nagle z tej dziury zaczęły wychodzić węże i rozpełzać się wokół. Chłopi wykonujący te robotę przelękli się nie na żarty i uciekli, aż kurz na drodze za nimi się unosił. Po kilku dniach znowu zebrali w sobie trochę odwagi i ponownie zaczęli dziurę w Rynku zarzucać kamieniami. Po chwili ponownie zaczęły stamtąd wychodzić węże, tak jak za pierwszym razem. Uznali przeto, że ta dziura w Rynku tak naprawdę prowadzi do wężowego królestwa, a to – jak powszechnie wiadomo – mieściło się pod ziemią. Stąd węże zapewne rozchodziły się po całym Beskidzie, a że dawniej mieli je chłopy w dużym poszanowaniu, przeto zaniechali zasypywania dziury w Rynku i dalszego ich niepokojenia. Tak czy inaczej dowiedzieli się, czego chcieli, czyli czym jest ta dziura. Jest drogą, którą węże wchodzą ze swojego podziemnego królestwa do naszego ludzkiego świata."

    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za ten dopisek Sileziarus :)Historia z głazem z Tychowa aż zaskakuje. Ciągle mnie to zaskakuje jak elementy tej układanki pasują do siebie!!! Druga uwaga też niezwykle cenna. Dziękuję i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Z lekkim poślizgiem, ale czytam i zaglądam :)
    Oswajanie nieznanego, jakież to ludzkie...

    Dobrze, że Sapkowski sporo wciągnął do sagi wiedźmińskiej, chociażby moje ulubione demony wodne: utopce :) A Wiedźmin to nasz towar eksportowy w świat.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. tak, Sapkowski owszem; choć wolę osobiście jego trylogię śląską; no i jest jeszcze Białczyński, którego niestety niektórzy biorą za oryginał :)

    OdpowiedzUsuń